Ks. Wincenty Chabowski

(1872-1942)

dziekan i proboszcz w Ciechanowie

Urodził się 17 grudnia 1872 roku we wsi Krępica w parafii Wrona, jako najstarszy syn spośród jedenaściorga dzieci małżonków Chabowskich. Troje z nich poświęciło się pracy w Kościele, dwóch braci zostało kapłanami, a jedna z sióstr zakonnica. Początkowe nauki pobierał na miejscu, do gimnazjum zaś uczęszczał w Płocku i tu w 1890 roku wstąpił do Seminarium Duchownego, gdzie po pięciu latach nauki, 29 czerwca 1895 roku przyjął święcenia kapłańskie.

Ze względu na zdolności, jakimi się odznaczał, władza diecezjalna zapro­ponowała mu studia w Akademii Duchownej w Petersburgu, odmówił jed­nak, tłumacząc, że musi zaopiekować się młodszym rodzeństwem, co też wielokrotnie czynił. Rzeczywiście, gdy został księdzem, cała rodzina niemal spontanicznie nadała mu tytuł familijnego patriarchy. Bez niego nie podej­mowano żadnej ważnej decyzji, nie było rady rodzinnej bez jego udziału. A księża patrząc na to, nazywali go „rebe".

Pracę kapłańską rozpoczął od wikariatu w Przasnyszu w latach 1896-1897, spełniając następnie te obowiązki w Gołyminie (1897-1898), w Sierpcu w kościele poklasztornym (1898-1899); przez jakiś czas był prokuratorem w Seminarium Duchownym, a w latach 1899-1901 wikariuszem w płockiej farze. W latach 1901-1906 był wikariuszem, a właściwie rządcą parafii Czerwińsk, bowiem prawny rządca ks. A. Nowowiejski pełnił funkcję regensa Se­minarium i tam stale przebywał. Od 1906 do 1910 roku był wikariuszem także u ks. Nowowiejskiego, ale w Sochocinie.

Dnia 10 marca 1911 roku otrzymał nominację na samodzielne stanowisko proboszcza, właśnie w Sochocinie i tam przystąpił do budowy nowego murowanego kościoła. Dzięki ofiarności parafian, którzy nie szczędzili pieniędzy, czasu i sił fizycznych, w trudnych latach pierwszej wojny światowej wybudował piękną świątynię utrzymaną w stylu neogotyckim. 13 października 1918 roku biskup A. Nowowiejski dokonał konsekracji kościoła przy udziale przeszło 30 kapłanów i prawie 10 tys. zgromadzonych wiernych. Podczas tych uroczystości odbyło się również bierzmowanie, z którego skorzystało 4112 osób. Za zasługi z racji budowy kościoła otrzymał godność honorowego kanonika kapituły pułtuskiej.

Po szesnastu latach pracy w Sochocinie przeniósł się 12 maja 1922 roku na dziekanię i probostwo w Sierpcu, gdzie w 1925 roku otrzymał godność prałata domowego. Na probostwo i dziekanię do Ciechanowa został powo­łany 3 lutego 1928 roku. Wszędzie starał się pracować cicho i spokojnie, choć praca w Ciechanowie - po śmierci świątobliwego i wielce szanowanego dziekana i proboszcza ks. kań. Remigiusza Jankowskiego - nie była łatwa.

Wkrótce ks. Chabowski zakupił nowe organy, kilka sztandarów i chorągwi, w świątyni ustawił nowe ołtarze, poprawił i wyrównał cmentarz przy kościele, przerobił wikariat i plebanię, przeprowadził restaurację domu parafialnego, uporządkowali ogrodził cmentarz grzebalny. Ufundował pomnik wystawiony ku czci zmarłego ks. R Jankowskiego; coraz lepiej prowadzona była w parafii praca społeczna, oświatowa i kulturalna.

W 1930 roku artysta malarz Władysław Drapiewski pracował nad polichromią w kościele farnym i poklasztornym; w kościele poaugustiańskim zaprowadzono instalację elektryczną, sprawiono kryształowy żyrandol oraz sprawiono stylowe kinkiety.

W maju 1932 roku, podczas wizytacji kanonicznej, biskup L. Wetmaski konsekrował ołtarz główny wykonany podczas gruntownej restauracji kościoła, wybierzmował 2760 osób, odwiedził schronisko dla dzieci i szpi­tal, w którym pracowały siostry pasjonistki. W maju 1934 roku misje parafialne prowadzili misjonarze diecezjalni.

W Ciechanowie zastała, go wojna 1939 roku. W pierwszych dniach września wyjechał wraz z falą uciekających mieszkańców miasta i wrócił po prawie miesięcznej tułaczce. Jesienią tego roku przystąpił do organizowania życia religijnego na terenie parafii. Wraz ze swoim wikariuszem w 1940 roku odwiedził w Słupnie internowanych biskupów z Płocka.

Pretekstem do aresztowania ks. Chabowskiego, które nastąpiło 10 czerw­ca 1941 roku, był manifestacyjny pogrzeb w Ciechanowie jednego z parafian, w czasie którego wśród proporców niesiono chorągiew z orłem polskim. Został wówczas wezwany przez żandarmów na przesłuchanie. Przetrzymywano go przez trzy dni i zwolniono. Pojechał wtedy do swojego brata, proboszcza w Gołyminie koło Ciechanowa, i tam radził się, co ma robić dalej. Początkowo zamierzał wyjechać do Warszawy, ostatecznie zdecydował, że powróci i zostanie w Ciechanowie, co też uczynił. Po dwóch dniach wol­ności znów został aresztowany i wywieziony do więzienia w Płońsku. Przetrzymywany był tam prawie przez miesiąc, następnie przewieziono go do Działdowa, gdzie też przebywał prawie miesiąc.

Cela, w której był umieszczony, przylegała do pomieszczenia, gdzie prze­bywały aresztowane kobiety. Przez wydłubany w ścianie otwór kontaktował się z uwięzionymi, zachęcając je do modlitwy i udzielając wszystkim rozgrzeszenia. Udało mu się dwukrotnie przesłać z więzienia krótkie wiadomości. Do brata, ks. Romana Chabowskiego, pisał z więzienia w Płońsku: Jestem bardzo słaby, wycieńczony, tęsknię za sutanną, którą mi zamienili na płaszcz więzienny".

Z obozu w Działdowie napisał: „Czuję się lepiej, nie żyje już ks. kań. Klimkiewicz, Dmochowski, 20 czerwca zmarł ks. Michalak".

Świadectwo o postawie ks. prałata Chabowskiego w Działdowie dała uwięziona tam Maria Macieszyna z Płocka, która jemu zawdzięczała swoje przyjęcie do Kościoła katolickiego W świadectwie tym napisała: „W jednej z izb obozu w Działdowie mieściło się nas około dwudziestu kobiet różnego wieku. Dwa duże okna zamazane były kredą. Nie wolno było przez nie wyglądać. Drzwi od korytarza zamykano tylko na klamkę. Straż więzienna, czyli „wącha" zwykle niespodziewanie nagle drzwi otwierała i biada, jeżeli kogo zastała wyglądającego przez okno. Toteż miałyśmy swoją własną „wachę": kolejno jedna z nas czuwała przy drzwiach, aby inne mogły obserwować, co się dzieje na dziedzińcu. Kreda na szybach w kilku miejscach była wyskrobana, a dla niepoznaki nalepiano kawałki papieru.

Widziałyśmy więc, jak więźniów wyprowadzają na „przechadzkę", jak za spichrzem rozstrzeliwano, a gdy się ściemniało, wywożono trupy nakryte workami w stronę, gdzie z dala widnieje las (...)

A do Działdowa wciąż przy ganiaj ą nowych ludzi. Oto nasza straż okien­na, młoda dziewczyna z majątku spod Płocka, panna ,Aka" woła: «Księdza jakiegoś pędzą!». Biegniemy do okna. Widać księdza w sutannie, wchodzcego do komendantury. Popychają go brutalnie. Będziemy czekały aż wyjdzie, wtedy może poznamy, kto to jest. Z komendantury, jak zwykle w takich razach, dochodzi hałas. Po pewnym czasie wraz z innymi wychodzi i ksiądz. Twarz zalana krwią, może oko zranione? Słania się, popychany przez żołnierza. Nie, nie znamy tego księdza.

Nagle Żydówka, przezwana przez nas Rózią, woła z rozpaczą: «Och! To mój kochany ksiądz prałat z Ciechanowa, to ksiądz Chabowski!». Wybucha płaczem i mówi: «Jak zostałam katoliczką, pocałował mnie w czoło i mówił do mnie serdecznie, nazywał mnie „moje dziecko". Nikt w życiu do mnie tak życzliwie się nie odnosił. O Boże! I tego mojego księdza, tego mojego ojca teraz wzięli!».

Straż wprowadza księdza do gmachu, gdzie się mieścimy. Słychać kroki w korytarzu, drzwi sąsiedniej celi otwierają się (...) hałas (...) Po chwili straż odchodzi. Ksiądz prałat znajduje się obok nas. Z sąsiednią izbą komunikujemy się przez wydłubany otwór w ścianie. Ten, co zawsze z nami mówi, na nasze zapytania odpowiada, że ks. prałat bardzo źle się czuje i że się położył, Rózię sobie przypomina.

Pod wieczór z sąsiedniej celi donoszą nam, że ks. prałat zawiadamia nas, że możemy przygotować się i odbyć spowiedź powszechną, a nazajutrz rano w chwili, gdy straż zmieniać się będzie, udzieli nam ogólnego rozgrzeszenia i możemy przyjąć duchowo komunię świętą. «Mój Boże!» - woła zełzami warszawianka - «ksiądz prałat ledwie sam żyje, a myśli o nas». «Zawsze jest taki» - mówi nam Rózia. «Jak dobrze» - woła Gosposia - «że będziemy mogły odbyć spowiedź i komunię św. wielkanocną».

Nazwisk naszych nie znałyśmy prawie i nie pamiętałyśmy, a zwałyśmy się albo od miejsca zamieszkania, albo nazywano się przygodnym imieniem. Po chwili Kurpianka wzięła do ręki książkę do nabożeństwa, która dostała się nam od p. Jabłczyńskiejz Płocka i rozpoczęłyśmy przygotowanie do spowiedzi wielkanocnej. Myślą przeniosłyśmy się do naszych gniazd rodzinnych, do naszych najdroższych, o których losach nic nie wiemy, a tłumiąc łzy i westchnienia, powtarzałyśmy słowa modlitwy.

Nazajutrz rano usłyszałyśmy w komendanturze zwykły łomot bębna i dźwięki trąby. Straż się zmieniała. Za chwilę przez otwór w ścianie z sąsiedniej celi doszły nas słabym, drżącym głosem wymawiane sakramentalne słowa, otrzymałyśmy rozgrzeszenie i zostałyśmy zasilone duchową komunią świętą, łaska Boża spłynęła na nasze dusze.

Jeszcze nie obeschły nasze łzy wzruszenia, gdy na korytarzu rozległ się twardy krok straży. Za chwilę wszedł żołnierz. Aka, która nas wszystkie usta­wiła w rząd, zameldowała po niemiecku, ile nas jest w tej izbie. „Wącha" trzasnął w powietrzu rzemieniem i zniknął za drzwiami. Uroczysty spokój panuje w duszach naszych. Nawet las w Działdowie przestał być dla nas straszny (...)".

Miesięczna kwarantanna obozowa ks. prał. Chabowskiego w Działdo­wie, połączona z biciem, fizycznym i moralnym znęcaniem się nad więź­niem, pozbawiła go zdrowia. W połowie sierpnia 1941 roku przewieziono go do obozu w Dachau, gdzie oznaczony numerem 27113 przebywał na bloku 28 stub. 4. Siły z każdym dniem topniały i dlatego zakwalifikowany został jako chory do szpitala. Po „kuracji" w szpitalu czuł się jeszcze bardziej osłabiony; zaliczony zostaje do inwalidów i przeniesiony do bloku inwa­lidzkiego, to była już ostatnia stacja jego drogi krzyżowej, stąd bowiem ra­zem z innymi „inwalidami" przeniesiony do komory gazowej, gdzie został zatruty i zaraz spalony w krematorium 23 czerwca 1942 roku.

Innym świadectwem o ks. Chabowskim było zeznanie Wandy Bigoszewskiej z Pułtuska, która w dniach 15-16 sierpnia 1941 roku została przewie­ziona z obozu w Działdowie. Zeznała ona: „W dniu 15-16 sierpnia 1941 roku przyszli do naszej celi esesmani, przynieśli naszą zapasową wolnościową odzież, kazali się myć (mała wanienka wody na 40 kobiet niemytych od daw­na) i zawiadomili, że mamy się szykować do drogi. Po wyjściu esesmanów, w sąsiedniej celi, w której przebywali mężczyźni, powiedziano nam, że wśród nich znajduje się ks. proboszcz Chabowski z Ciechanowa i jeżeli chcemy, może nas wyspowiadać. Pokładłyśmy się na podłodze i przez dziurę po wyjętej ze ściany cegle, w wielkiej ciszy i skupieniu, po czym ks. Chabowski udzielił nam absolucji. Choć nie była to spowiedź uszna i nie przy konfesjonale, zrobiła na mnie tak silne wrażenie, że dziś jeszcze, pisząc te słowa, płaczę.

Ks. Chabowski mówił, że strasznie jest brudny i zawszony, prosił o jakąś koszulę. Na szczęście oddano mi trochę bielizny nocnej, mydło i ręcznik, więc mogłam się podzielić.

Poznaliśmy się w pociągu więziennym z okratowanymi małymi celkami, które były otwarte na korytarz. Ks. Chabowski bardzo był przygnębiony i pełen złych przeczuć. Nie wierzył w swój powrót. Chorzy, zmęczeni dojechaliśmy do Berlina, gdzie musieliśmy przebyć długą drogę pieszo, skuci, każdy ze swoim konwojentem do najstraszniejszego więzienia Moabitu. Tutaj drogi nasze rozeszły się. Księdza Chabowskiego nigdy już nie widziałam. Zginął w obozie, ale nie wiem w którym i jaką śmiercią".

Do obozu koncentracyjnego w Dachau został przewieziony 29 sierpnia 1941 roku i otrzymał numer obozowy 27113. Po drodze udało mu się przesłać do brata wiadomość z Poznania. Pierwszy list z Poznania datowany był 27 sierpnia 1941 roku, następne z obozu przychodziły niemal co miesiąc, choć pisał je prawdopodobnie któryś z księży (ze względu na ból prawej ręki ks. Chabowskiego), a prałat je tylko podpisywał. W listach troszczył się o lo­sy rodziny.

W obozie mieszkał w bloku z ks. Ignacym Marciniakiem. Mimo słabego zdrowia i podeszłego wieku przetrwał do wiosny 1942 roku. Do końca zachował spokój i równowagę, jaka zawsze go cechowała. Wycieńczony fizycznie dostał się na wiosnę jako inwalida do rewiru obozowego, sądząc, że znajdzie tam trochę odpoczynku i spokoju. Niestety, znalazł się w pierwszym transporcie do komór gazowych, gdzie zamordowano go 4 maja 1942 roku. Urzędowa wiadomość, która przyszła z obozu, podawała fałszywą datę śmierci, mianowicie 23 czerwca 1942 roku ciało jego wraz z innymi zamordowanymi w komorach gazowych współwięźniami spalono w krematorium. Miał wówczas 70 lat.

S.Biskupski, Księża polscy..., s. 63; E. C h a r t, Spis..., s. 689; J. D o m a g a ł a, Ci, którzy przeszli..., s. 83; M. G r z y b o w s k i, Kapłani diecezji płockiej; B. H o f f m a n, A kdo was..., s. 553; W. J a c e w i c z, J. Wo ś, Martyrologium..., z. 2, s. 286-287; W. J e z u s e k, Śp. ks. Win­centy Chabowski prałat Jego Świątobliwości dziekan i proboszcz ciechanowski, Mieś. Past Płoc. 1947, nr 3-4, s. 136-138; tenże: Ksiądz prałat Wincenty Chabowski dziekan i proboszcz w Ciechanowie, Mieś. Past Ploc. 1951, nr 1-6, s. 28-31; H. M a l a k, Klechy..., s. 391; T. M u -siół,Dachau, s.385; W.Szołdrski,Martyrologium...,&.63-64;Z.Urbański,Duchow­ni..., s. 112; E. Weiler,D/e Geistlichen..., s. 168.